HISTORIA | 2015-01-18

NASZ WYPAD DO POLSKI

Tak naprawdę nasza podróż do Polski w maju bieżącego roku była całkowicie spontaniczna – razem z żoną Anną mieliśmy zamiar odwiedzić imprezę naszego ulubionego muzyka Petera Gabriela w Kijowie ósmego maja, lecz z wiadomych powodów koncert ten został odwołany.

DSC_0211

Autor z żoną i Sergiuszem Leończykiem obok Syrenki Warszawskiej

– Patrz, Janku! Dwunastego maja odbędzie się ta sama impreza Petera, lecz tym razem w Łodzi! Byłaby to doskonała okazja do odwiedzenia Polski. Co ty na to? – Gdyby nam to się udało, wpadlibyśmy
do Warszawy, bo nigdy mnie tam jeszcze nie było! Oraz do Krakowa!..
* * *
Słowo się rzekło – kobyłka u płotu. Wysłać maila o swych zamiarach do przyjaciół w Polsce, umówić się o
spotkaniu – to jak bułka z masłem, zaś kupić bilety na samolot – to już sprawa bardziej skomplikowana, ponieważ żadnych lotów bezpośrednich z Krasnodaru do Polski nie ma. Ostatecznie po długich namysłach
nabyliśmy bilety do Berlina, żeby stamtąd nocnym autokarem dotrzeć do Warszawy!
* * *
W Wa r s z a w i e o s z ó s t e j r a n o zostaliśmy powitani na niewielkim dworcu autobusowym przy stacji metra „Młociny” przez starego naszego przyjaciela pana Wiesława Cabana oraz naszego nowego
znajomego – prezesa Polonii z Chakasji pana Sergiusza Leończyka. Tuż po ciepłych słowach i objęciach
rozstrzygnęliśmy największy problem – jak skutecznie wykorzystać króciutki czas – zaledwie pół dnia w Warszawie.
Najpierw, ma się rozumieć, zjemy śniadanie. A co dalej? Okazać się miało, że tego czasu jest
nawet nieco za dużo, kiedy ma się takich inteligentnych przyjaciół, a do tego prawie że warszawiaków.
Starówka, Syrenka, Kolumna Zygmunta i Zamek Królewski – jak na pierwszy pobyt wystarczy aż zanadto – zasugerował pan Wiesław.

DSC_0190

Autor z profesorem Wiesławem Cabanem obok Barbakanu w Warszawie

Wycieczka po Zamku Królewskim była wspaniała. Prowadzona była w języku rosyjskim przez historyka entuzjastę pana Jerzego Łopuszyńskiego. Dzięki panu Jerzemu mieliśmy szczegółowo poznać tragiczną historię Zamku Królewskiego w wieku XX; byliśmy zachwyceni z odbudowy Zamku w latach 1970. dzięki
ofiarom obywateli polskich oraz Polonii z całego świata.

DSC_0266

Autor z Jerzy Łopuszyńskim i Wiesławem Cabanem

Niestety już o dwunastej pożegnaliśmy pana Wiesława, który tego dnia miał odlecieć do Paryża by wziąć tam udział w międzynarodowej konferencji naukowej. Dalszą zaimprowizowaną wycieczkę prowadził pan Sergiusz samodzielnie. Z braku czasu nie mogła ona objąć wiele obiektów. Szczególne wrażenie sprawił
na nas Kościół Świętego Krzyża, gdzie zostało pochowane serce wielkiego Chopina. Niestety z nadmiaru wrażeń nie potrafiłem zapamiętać a teraz wymienić różne inne zabytki, które nam się trafiały wówczas.
Już wtedy postanowiłem odwiedzić Warszawę po raz drugi. Nie przekonały mnie zapewnienia pana Sergiusza, że wcale nie stolica, lecz Kraków stanowi największą atrakcję turystyczną w Polsce. Tuż po obiedzie, podczas którego po raz pierwszy w życiu zjadłem za namową pana Sergiusza bardzo smaczny żurek,
musieliśmy pędzić na dworzec „Warszawa Centralna”.
Dopiero dzięki naszemu opiekunowi panu Sergiuszowi zorientowałem się, w jaki sposób kupuje się i kasuje bilety tramwajowe. Bez jego pomocy nie potrafiłbym skorzystać z komunikacji miejskiej i już po dziesięciu minutach jazdy znaleźć się na dworcu. O trzeciej serdecznie pożegnaliśmy pana Sergiusza i
pociągiem Intercity odjechaliśmy do Krakowa.

Podróż do Krakowa była niedługa i bardzo przyjemna. Kolej niespodziewanie poczęstowała nas ciastkiem i kawą. Razem z nami w przedziale siedział starszy pan, z którym przez cały czas gadaliśmy na różne tematy. Nawet moja żona brała udział w konwersacji, gdyż nasz sąsiad umiał trochę po rosyjsku. Rozmowa nasza musiała zboczyć na temat filmu, gdyż jak wiadomo, od wielu lat jestem zapalonym miłośnikiem filmu polskiego. Nagle moja żona zauważyła znanego aktora filmowego, który szybkim krokiem przemierzał korytarz obok naszego przedziału. Powiedziała: „Janku, czy pamiętasz go? „Ogniem i mieczem”, „Pierwszy milion”, „Szczęśliwego Nowego Yorku”… Mogę się mylić, lecz to moim zdaniem jest właśnie Zbigniew
Zamachowski!”
Nasz towarzysz podróży spokojnie stwierdził, że to nie jest żadna omyłka i zapytał, czy życzymy sobie zrobić wspólne zdjęcie z panem Zamachowskim?
– Oczywiście, że tak! Ale czy wypada? Przecież pan Zamachowski podróżuje w sposób prywatny…

DSC_0327

Zbigniew Zamachowski pozuje z autorem w pociągu Intercity „Warszawa – Kraków”

– Moi drodzy, polegajcie na mnie. Jestem stary i siwy – mi nie odmówi!
Już po chwili rozmawialiśmy po polsku z panem Zamachowskim, który miał się okazać ciekawym rozmówcą. Był niesamowicie zdziwiony, że Rosjanie lubią oglądać polskie filmy i że z tego powodu jest im znany.
Podróż do Krakowa dobiegała końca, więc musieliśmy pożegnać pana Zamachowskiego i naszego miłego sąsiada.
Nie lada kłopotem dla nas stało się odszukanie jakiegokolwiek noclegu w Krakowie. W tamtym dniu o piątej po południu absolutnie nikt nas się nie spodziewał. Byliśmy ogromnie zmęczeni, gdyż poprzednią noc spędziliśmy w busie, który wiózł nas z Berlina do Warszawy.
Dopiero w czwartym z kolei hotelu już po odmowie panienka z recepcji zdecydowała się zatelefonować do swojej koleżanki z niewielkiego hoteliku na ulicy Świętego Tomasza. Cud sprawił, że mieli wolny pokoik z podwójnym łóżkiem po przystępnej cenie i ze śniadaniem. Biegliśmy tam niby mistrzowie świata na długie dystanse.

Dopiero później dowiedzieliśmy się, że w Krakowie odbywała się wtedy impreza pt. Opera pod otwartym niebem, więc liczni goście, turyści i dziennikarze szczelnie wypełnili krakowskie hotele. Nawiasem
mówiąc pan Zamachowski również wybierał się do Krakowa na tę Operę.
Tego wieczoru sił mi starczyło równo na tyle, by nadać do domu maila, że wszystko w porządku i opaść do łóżka…
Nazajutrz rano po śniadaniu pojechaliśmy do Wieliczki. Nigdy w swoim życiu nie oglądaliśmy nic podobnego. Do dziś dnia doznane w kopalni wrażenia nas nie opuszczają. Coś podobnego moglibyśmy powiedzieć na temat kościoła Mariackiego, czy Wawelu.
N a s t ę p n e g o d n i a a u t o k a r e m wyjechaliśmy do Łodzi, gdzie o szóstej wieczorem miała się rozpocząć impreza z udziałem Petera Gabriela. Cała podróż zajęła nam grubo ponad pięć godzin, lecz sen nas wcale nie zmorzył. Spróbowałem zorientować się przez Internet gdzie leży Łódź i gdzie znajduje się zawczasu zarezerwowany przez nas hostel. Niestety zaproponowany nam Internet na pokładzie
autokaru nie działał. Co prawda odnaleźliśmy swój hostel w ciągu zaledwie pół godziny. Był usytuowany niedaleko Atlas Areny. Więc: łazienka, kolacja – i na koncert!
Mój Boże, czegoś podobnego jeszcze w swoim życiu nie oglądałem: światło i dźwięk, muzycy i Peter, którego znamy jeszcze za czasów Gorbaczowa! Już nieco zestarzały, lecz wciąż czerstwy, inteligentny i tryskający humorem!
Jak Boga kocham, jeszcze tu przyjadę!
Nie, nie przyjadę, lecz przyjedziemy tu całą rodziną. Ogromnie mi zależy na tym, by moja córka zrozumiała wreszcie, dlaczego warto uczyć się języka polskiego.
Może to się stanie już nawet w roku przyszłym!

Jan KARBOWNICKI, maj 2014 r.