HISTORIA | 2018-03-05

Kapryśna Gwiazda Lewoniewskich

Autor: Tadeusz Nowosielski

Aleksander Lewoniewski pojął za żonę Teofilę Biziuk pochodzącą z miasteczka Sokółka ( Podlasie).

W 1897 roku urodził się syn Władysław. W poszukiwaniu lepszego bytu rodzina wyjechała do Petersburga. Tam urodziły się dalsze dzieci: Józef ( 1899),Zygmunt ( 1902) i Zofia (1906).

Ojciec zmarł w 1909 roku. Wdowa – by utrzymać rodzinę podjęła się szycia bluz dla wojska. Było ciężko- Zygmunt w wieku 14 lat poszedł do pracy jako robotnik do fabryki „Resor”. Był „niespokojnym duchem”, pociągało go wszystko, co nowe.

Przyszły burzliwe lata – Wielka Wojna, Rewolucja, Wojna domowa w Rosji. W 1919 roku los rozłączył rodzinę: Z Sokółki nadeszła depesza, że zachorowała babcia Biziukowa ( Matka Teofili Lewoniewskiej). Rodzina pojechała do Sokółki bez Zygmunta, który „zawieruszył się”- brał w tym czasie udział w walkach koło Wiatki przeciw wojskom admirała Kołczaka.

Teofila Lewoniewski zamierzała powrócić z dziećmi do Piotrogrodu, ale babcia zmarła, pobyt w Sokółce przedłużył się i tak już pozostało, a Zygmunt „przepadł” w Rosji. Brat Zygmunta- Józef, wstąpił do Wojska Polskiego i w latach 1919-1920, służył jako szeregowiec w trzecim szwadronie pierwszego Pułku Szwoleżerów. Po ukończeniu Szkoły Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu otrzymał stopień podporucznika, służył w 11Pułku Ułanów, potem w Trzecim Pułku Strzelców Konnych.

Dnia 23 sierpnia 1923 roku rozpoczyna szkolenie lotnicze w Bydgoszczy. Trzeba zwrócić uwagę na tą datę – w tym samym roku Zygmunt rozpoczyna szkolenie lotnicze w Wojskowej Sewastopolskiej Szkole Lotnictwa Morskiego. Bracia nic o sobie nie wiedząc, równocześnie skierowali swe kroki do lotnictwa.

Po ukończeniu szkoły lotniczej, Józef zostaje porucznikiem i otrzymuje przydział do I Pułku Lotniczego w Warszawie, a później do Pułku Lotniczego w Lidzie W 1926 roku został skierowany do Paryża na dwuletni kurs Wyższej Szkoły Aeronautyki i Techniki Lotniczej. Po powrocie z Paryża, objął stanowisko referenta technicznego w Departamencie Aeronautyki Ministerstwa Komunikacji, a od III 1933 zostaje pilotem Stacji Doświadczalnej Płatowców Instytutu Badań Technicznych w Warszawie. W tym tez roku zostaje awansowany do stopnia kapitana.

Warto zwrócić uwagę na tą datę: 1933 rok. W tym, bowiem roku Zygmunt jako lotnik „ rozwinął skrzydła” – rozpoczął loty na dalekich przestrzeniach w służbie Zarządu Północnej Drogi Morskiej ( Północna Syberia i Daleki Wschód). W tym roku Józef rozpoczął przygotowania do dalekiego przelotu, próby pobicia międzynarodowego rekordu odległości dla samolotów turystycznych pierwszej kategorii.

Na samolocie PZL – 19 o zasięgu 5000 km pobicie rekordu świata mieściło się w granicach możliwości. Dotychczasowy rekord należał do Francuzów i wynosił 2912 km. Kapitan Józef Lewoniewski zamierzał przelecieć bez lądowania trasę z Warszawy przez Kazań, Świerdłowsk do Omska ( 3400 km), a przy sprzyjających warunkach do Krasnojarska, co wydłużyłoby trasę do 4600 km.

Władze radzieckie odniosły się do tego projektu życzliwie i zapewniły odpowiednie warunki techniczno – organizacyjne. Nawigatorem został ppłk Czesław Filipowicz.W końcowym stadium przygotowań, Polska prasa szczegółowo informowała o uratowaniu amerykańskiego lotnika Jimma Matterna w Jakucji, przez radzieckiego lotnika Zygmunta Lewoniewskiego. Rodzina domyślała się, że to „ Zygmuś”, jak go w domu nazywano, a Józef po lekturze gazet powiedział: „ to na pewno mój brat. Jak polecę tam, to go spotkam”.Była więc szansa spotkania się braci.

Dnia 11 IX. 1933 roku o godz. 11-tej czasu warszawskiego, PZL 19 wystartował w Warszawie. Po minięciu Moskwy obrał kurs na Kazań. Po dwóch godzinach lotu od Moskwy w rejonie Arzanasa, gdy samolot leciał na małej wysokości doszło do tragedii. Oto, co powiedział Filipowicz: „ /…/ Wpadliśmy w chmury deszczowe. / …/ Postanowiliśmy lecieć nad chmurami. Zapadły ciemności i pilot orientował się tylko dzięki przyrządom pokładowym. Samolot znalazł się w burzy, z której nie udało się maszyny wyprowadzić. Pamiętam, że nagle samolot wpadł w korkociąg. W obawie, że nie wyjdziemy z niego, zacząłem zapinać spadochron, ale szło to z trudnością, bo siła odśrodkowa była bardzo duża. Z trudem udało mi się zapiać jedna z szelek spadochronu. Pilot wyłączył silnik. Co było potem nie pamiętam. Ocknąłem się w kabinie rozbitego samolotu”.

Uratowanie się Filopowicza, który został ranny i potłuczony, ale żywy, graniczyło z cudem. Zaalarmowana ludność okoliczna rozpoczęła poszukiwania, w wyniku, których niedaleko wraku samolotu odnaleziono zwłoki kpt. pilota Józefa Lewoniewskiego z częściowo rozwiniętym spadochronem. Zwłoki zostały umieszczone w kostnicy w Jadrinie i stamtąd przewiezione do Kazania, a następnie do Moskwy.

Stosunek ludności i władz wszystkich szczebli w kraju katastrofy najlepiej oddaje ton ówczesnej prasy polskiej. Np. Ilustrowany Kurier Codzienny pisał m.in.: „ Katastrofa lotników polskich na ziemiach Rosji stała się dla urzędowych czynników sowieckich i szerokich sfer społeczeństwa sowieckiego asumptem do spontanicznych sympatii dla Polski .Zarówno ludność, jak i władze i urzędy starały się najgoręcej zamanifestować swoje współczucie z powodu tak tragicznego zakończenia lotu rekordowego, co przejawiało się w tłumnym udziale ludności w manifestacjach żałobnych u trumny zmarłego lotnika, w czasie uroczystości przy przewożeniu zwłok do Moskwy i wreszcie w samej Moskwie. W Jadrinie, w kostnicy, gdzie spoczywały zwłoki, ludność miejscowa przyniosła olbrzymie ilości kwiatów.

Przy trumnie trzymała straż warta honorowa. Do kostnicy odbywała się prawdziwa pielgrzymka setek ludzi pragnących złożyć pośmiertny hołd lotnikowi. Całe miasteczko Jadrin udekorowano żałobnymi chorągwiami. Gdy eksportowano zwłoki z kostnicy, ulice były zatłoczone publicznością. Była tam nie tylko z Jadrina, ale także z dwunastu okolicznych kolektywów. Przez całą drogę do Moskwy oddawano trumnie honory wojskowe. / ../ Na Dworcu Kazańskim oczekiwali na pociąg przedstawiciele Komisariatu Ludowego do Spraw Zagranicznych, dygnitarze sowieckich władz lotniczych oraz tłumy publiczności.

Wagon ze zwłokami przewieziony zostanie na Dworzec Białoruski, gdzie doczepiony będzie do pociągu pospiesznego do Warszawy wieczorem przed odejściem pociągu, odbędzie się ceremonia żałobna, przy której zapowiedziany jest udział urzędowych delegatów sowieckich oraz oddziałów Armii Czerwonej /… / Tragiczna katastrofa, która przerwała lot rekordowy PZL – 19 znalazła najwyższy oddźwięk w prasie sowieckiej.

Łamy pism przepełniane są obszernymi depeszami o przebiegu katastrofy i szczegółowymi opisami ceremonii przewiezienia lotnika polskiego”.

Kpt. Pil. Józefa Lewoniewskiego pogrzebano na Cmentarzu Powązkowskim. Gazeta „ Dobry Wieczór „ w artykule pt.. „ Na samolocie w kirah” w relacji z pogrzebu napisała, że przybyli „/…/ także przedstawiciele poselstwa sowieckiego w osobach m.in. Podolskiego, Attache wojskowego gen. Lepina oraz sekretarzy . Delegacja przywiozła wieniec z napisem : Gieroju lotcziku kapitanu Liewaniewskomu pełnomocznyje priectawitielstwo SSSR „ .

x x x

W tym czasie, sławny już ZSSR lotnik Zygmunt Lewoniewski odwiózł na Alaskę odnalezionego w Jakucji amerykańskiego lotnika Matterna i wracając do Irkucka zatrzymał się w Kireńsku nad Leną. Ciekaw wiadomości, udał się do siedziby agencji prasowej. Wziął do ręki depeszę i wśród nich rzuciła mu się w oczy jedna. Z narastającym napięciem i trwogą przeczytał : „ 13 września /TASS/ wiadomość o tragicznej katastrofie polskiego aeroplanu na Jadrinem, jaka wczoraj dotarła do Warszawy wywołała przygnębiające wrażenie.

Wszystkie gazety piszą o przedsięwzięciach radzieckich okazujących pomoc lotnikom”. Wybite było nazwisko tragicznie zmarłego lotnika : L e w o n i e w s k i. Okrutny los brutalnie przerwał lot i uniemożliwił spotkanie braci – lotników, upragnionemu przez Józefa.

x x x

Zygmunt Lewoniewski „ nie był stworzony” do bezpiecznego chodzenia po ziemi co jest naturalną cechą człowieka – w 1923 r. wstąpił do szkoły lotniczej, po jej ukończeniu doskonalił swój kunszt pilota wraz z intensywnym samokształceniem się – interesowały go konstrukcje lotnicze i wszelkie nowinki techniczne. Zauważono to i doceniono. Dłuższy czas był instruktorem – szkolił młodzież lotniczą – ale wreszcie miał dość „ latania kółko”.

W 1933 r. odbył swój pierwszy długi przelot z Sewastopola do Chabarowska, w Jakucji długo poszukiwał i odnalazł zaginionego lotnika USA J.Matterana, a na wiadomości o akcji ratowniczej członków ekspedycji i załogi statku „ Czeluskin” (104 osoby) na morzu Czukockim zgłosił się do dyspozycji sztabu ratunkowego zwanego Komisją Kujbyszewa. Na jej polecenie w raz z lotnikiem Sliepniewem wybrali i zakupili w USA dwa samoloty i nimi w raz z mechanikami Amerykanami udali się do Nome ( Alaska), a z tąd do bazy ratowniczej w Wankariem.

Niestety, w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych, po minięciu Cieśniny Beringa – oblodzony samolot pilotowany przez Lewoniewskiego z najwyższym trudem wylądował z urwanymi płozami podwozia i uległ bardzo poważnym uszkodzeniom, co wyeliminowało go z akcji ratowniczej.Lewoniewski poważnie ranny nie nadawał się do żadnej akcji, ale dzięki jego kunsztowi, on sam i dwuch jego pasażerów ocaliło życie.

Sliepniew wystartował nieco później miał szczęście bo trafił na lepsze warunki atmosferyczne i wylądował bezpiecznie w Wankariem. W tym czasie ruszył na dobre finał akcji ratowniczej: szóstka kolegów Zygmunta wielokrotnie startując i lądując w bazie „obozu Szmidta.” , bez chwili wypoczynku, uratowała wszystkich rozbitków. Warto poznać ich nazwiska: Lapidiewski A.W, ( dziadek jego był Polakiem ), Mołokow W.S, Kamanin N.P, Sliepniew M.T, Wodopianow M.W., Doronin J.W.

Z okazji ich wyczynu Rada Najwyższa ZSSR ustanowiła tytuł honorowy : Bohater Związku Radzieckiego, który przyznano poraz pierwszy wyżej wymienionym oraz Lewoniewskiemu, wymieniając go na drugiej pozycji za Lapidiewskim. Lewoniewski nie mógł się pogodzić ze swoim pechem – los wyeliminował go z ostatniej zasadniczej części akcji ratowniczej. Czuł się niedowartościowany smutny i posępny, chociaż został doceniony jak jego koledzy.

W związku z tym wydarzeniem poczta ZSSR uświetniła akcję na dalekiej Czukotce serią okolicznościowych znaczków pocztowych. Na dziesięciu znaczkach umieszczono siedmiu pierwszych Bohaterów Związku Radzieckiego – lotników, a na znaczku o nominale 10 kop. widnieje podobizna Z. Lewoniewskiego

Po krótkiej kuracji związanej z bardzo „ twardym lądowaniem” Lewoniewski zaczął poważnie myśleć o jego idei: przelocie z Moskwy do USA przez Biegun Północny zgłosił ten projekt Kujbyszewowi. Wkrótce otrzymał od Stalina propozycję – służbowy wyjazd do Londynu na wystawę lotniczą. Zaproponowano mu zabranie ze sobą żony Natalii by w powrotnej drodze w ramach tygodniowego urlopu odwiedził rodzinę w Polsce.

x x x

W dniu 11 lipca 1934 r. na Dworzec Główny w Warszawie przyjechał pociąg pospieszny z Berlina. Gdy tylko zatrzymał się i pasażerowie zaczęli wychodzić, młoda kobieta zawisła na szyi przystojnego, błękitnookiego i elegancko ubranego młodego mężczyzny. Zygmunt Lewoniewski, bo to on był tym mężczyzną nie od razu poznał w urodziwej kobiecie swą siostrę Zofię, którą widział ostatni raz jako dwunastoletnią dziewczynkę i taki obraz zachował w swojej pamięci. Pani Zofia, po mężu Kornacka powiedziała mi, że „ Zygmusia” poznała bez wahania.

W rodzinie Lewoniewskich zapanowało wielkie święto i radość z powodu przyjazdu Zygmunta. On zaś pamiętał matkę, jaką zawsze była : kochająca dzieci, konsekwentna i surowa. Dlatego też bohater był przy niej zażenowanym „Zygmusiem” jak go wszyscy w domu nazywali.Jak wspomina pani Zofia brat przedstawiając matce żonę Natalię sumitował się, że ożenił się bez matczynego błogosławieństwa. „ A całą winowajczynią za to zamieszanie byłam ja – mówiła pani Zofia. Bo gdy Zygmunt po poznaniu Natalii napisał do mamy pocztówkę, że chce się żenić, tak się przestraszyłam reakcji mamy, że bezmyślnie zniszczyłam kartkę nic mamie nie mówiąc. Bałam się, co mam powie, że Zygmuś, taki smarkacz chce się żenić. A ten „smarkacz” już był sławnym lotnikiem i dojrzałym mężczyzną. Nie przyznałam się mamie, że zniszczyłam kartkę i mama o niczym nie wiedziała. Zygmunt czekał na odpowiedz mamy bezskutecznie i w końcu z Natalią pobrali się.”

Szacunek dla matki wyrażał się w każdym geście Zygmunta. „ Brat bardzo dużo palił – kontynuuje pani Zofia – dla tego też często wychodził z pokoju przepraszając mamę, krępował się palić przy niej.”

Teofila Lewoniewska była targana sprzecznymi uczuciami: ogromnej radości, że widzi znów syna po tylu latach tak odmienionego, wyrosłego, pięknego, poważnego, mądrego i tak bez reszty oddanego swej lotniczej pasji, i smutku: tak niedawno pochowała i opłakiwała starszego – Józefa, a ten syn – też lotnik. Uśmiechała się też widząc jak Zygmunt troszczy się o żonę, która podobała się teściowej.

Zygmunt ze smutkiem stwierdził, jak bardzo matka postarzała się.Tragiczna śmierć Józefa wywołała paraliż, który częściowo cofnął się – mogła przynajmniej chodzić.

Zygmunt skierował swe kroki na Cmentarz Wojskowy na Powązkach gdzie w obecności całej rodziny złożył wieniec na grobie brata, z napisem na szarfie: „ Bratu, polskiemu bohaterowi – lotnikowi Józefowi od brata – lotnika – Bohatera Sowieckiego Związku”

Z Warszawy rodzina udała się do Sokółki, Gdzie Zygmunt z Józefem przyjeżdżali z Petersburga na wakacje do babci. Zygmunt z wzruszeniem oglądał miejsca wakacyjnych dziecinnych zabaw, również starą lipę, z której w raz z Józiem pozorowali skoki „ ze spadochronem”.

Zygmunt przebywał w Polsce tydzień. Prasa Polska rozpisywała się o pobycie lotnika i o nim samym. Np.: gazeta „Dzień Dobry” pisała m.in.: „ /…/ bohater lodowych przestrzeni, dwukrotny zwycięzca zdradzieckich żywiołów Arktyki jest w Warszawie. Przyjechał skromnie bez rozgłosu, aby po wielu latach rozłąki z krewnymi powitać ich /…/ Poznajemy się. Wysoki, o szerokich, atletycznych ramionach blondyn, Lewoniewski mocno ściska dłoń. – Lewaniewskij – mówi z moskiewska, przeciągając samogłoskę „a”. – Czy można z panem mówić po polsku, czy też po rosyjsku? – Można po polsku, ale po tylu latach nie używania języka polskiego, brak mi słów. Wolałbym po rosyjsku. /…/ Jestem w Polsce od lat dwudziestu po raz pierwszy /…/ Jeśli chodzi o wrażenia z Polski to trudno mi powiedzieć coś konkretnego. Widziałem ją z okna wagonu i właściwie nie znałem jej zupełnie. W Warszawie jestem po raz pierwszy w życiu. /…/ Przyjechałem do polski w sprawach wyłącznie osobistych, rodzinnych. Jestem niezmiernie rad, że po 17 latach widzę matkę, brata, siostrę. Polskie lotnictwo? Ciekawym je poznać, ale właściwie mój zupełnie nieoficjalny, a do pewnego stopnia incognito pobyt, wyklucza tę możliwość. Powtarzam – jestem wśród swoich bliskich, jest mi dobrze wśród nich i kropka”.

Pod takimi tytułami jak Np: „Lotnik Lewoniewski – chluba pilotów sowieckich”, „ bohaterski lotnik sowiecki” ukazywał się artykuły prasowe pełne szacunku, czasem z pewnym patosem: „ Zygmunt Lewoniewski – sowiecki lotnik, as awiacji arktycznej, człowiek, który ze swego prastarego rodowodu szlacheckiego wyrzucił herb a czynami, bohaterstwem, brawurą kierowcy podniebnych, stalowych ptaków zdobył zaszczytny tytuł nowej Rosji: Bohatera Związku Sowieckiego – bawi w Warszawie /…/ Zygmunt Lewoniewski – znowu usłyszeliśmy o nim wtedy, gdy cały świat z pływającej kry pod nazwą „ obóz Szmidta” podano sygnał S.O.S /…/ ogólne wrażenie o nim: jest lotnikiem z powołania zmalazł sobie piękny zawód, jest oddany mu całą duszą sercem, w Sowietach znalazł swoją ojczyznę, ulokował swój talent, entuzjazm, serce i znowu duszę. Z matki Polki, z ojca Polaka stał się przedstawicielem kategorii „ ludzi stamtąd” .Takim jest Zygmunt Lewoniewski, czyli Sigizmunt Liewaniewskij.”

Jedna z gazet nawiązując do możliwości agresji Japonii pisała:, „ Jeżeli lotnictwo Sowieckie na Dalekim Wschodzie wyposażone jest w taki materiał ludzki, jakiego prób dostarczyli Lewoniewski i Wodopianow, to nie można się dziwić dowództwu japońskiemu, że kluczy i zwleka ze swoim tygrysim skokiem”.

Gazeta „Dzień Dobry” po upływie dwóch lat od pobytu lotnika w Polsce pisała bez złośliwości, pt: „ Jeden służbie Ojczyzny, drugi – czerwonej Rosji” tak:, /…/ Bo istotnie tak się niezwykle złożyło, że jedni z najsłynniejszy lotników polskich i sowieckich byli rodzonymi braćmi, Polakami z dziada pradziada”. I dalej: „ Czy zdobędzie żywioły Arktyki ten Polak z pochodzenia, bohaterski lotnik w cudzej służbie? Czy też z g i n i e ( podkreślenie moje – TN) w przededniu zwycięstwa, jak jego brat, kapitan – pilot wojsk polskich?”.Były to słowa, jak się później okazało złowróżbne.

Jak wspomina pani Zofia, Zygmunt był w Polsce po raz drugi w 1936 r. przejazdem z USA. Pobył krótko, był to okres intensywnych przygotowań do przelotu z Moskwy do Stanów Zjednoczonych AP – przez Biegun Północny. Cieszył się, gdyż po tym wyczynie miał obiecany miesiąc urlopu i auto do dyspozycji, będzie mógł, więc pobyć dłużej u rodziny w Polsce.

x x x

Pomysł Zygmunta o pionierskim przelocie z Moskwy do USA przez Biegun Północny materializował się, został wezwany na Kreml. Tam oświadczył, że w wyniku badań, przemyśleń, rozmów ze specjalistami techniki lotniczej, badaczami Arktyki, meteorologami, przelot taki jest możliwy. Wybrał samolot jednosilnikowy ANT – 25 konstrukcji A.Tupolewa.wraz z Lewoniewskim ma polecieć G. Bajdukow – drugi pilot i W. Lewczenko – nawigator.

Termin startu wyznaczono na 3 sierpnia 1935 r.

Na pokład samolotu zabrano pocztę. Koperty i kartki pocztowe ofrankowano znaczkami pocztowymi z serii „ Bohaterowie” – z portretem Lewoniewskiego. Na tym znaczku wybito nadruk okolicznościowy: „ Przelot Moskwa – San Francisco przez Biegun Północny” oraz nadruk nowego nominału „1 R” ( tzn. rubel).W wytwórni znaczków popełniono błąd na części z nich w nazwie San Francisco napisano małe „f”. Błąd szybko skorygowano, ale nie duża partia znaczków z błędem poszła „w świat” i jest rarytasem filatelistycznym.

Wśród przesyłek była kartka pocztowa od Związku Filatelistów ZSSR zaadresowana do Prezydenta USA – T.D. Roosewelta. Przygotowania do tego lotu relacjonowała prasa polska. Np.; „Kurier Poranny” pisał m.in. „ Znakomity lotnik sowiecki, Polak z pochodzenia przygotowuje obecnie wielki lot z Moskwy do San Francisco /…/ Lotnicy sowieccy /…/ mają najwięcej szans do usunięcia wszelkich trudności technicznych lotów podbiegunowych i czynienie ich dostatecznie bezpiecznymi nawet do przewozu poczty i pasażerów.

Wystartowali. Obciążony zapasami paliwa samolot ANT – 25 nabierał wysokości kierując się na północ. Lot przebiegał normalnie, ale już od Półwyspu Kola uwagę zwrócił zaciek oleju na lewym skrzydle. Wyciek powiększał się olej osiadła również na szkłach kabiny utrudniając widoczność, a rozgrzany silnik powodował dostawanie się do kabiny duszącego dymu.

Na dramatyczny rozkaz Lewoniewskiego samolot zawrócił z dużym zapasem paliwa i wylądował na lotnisku koło Leningradu.

Pech. Załogę wezwano na Kreml. Przedsięwzięcie, któremu nadano duży rozgłos międzynarodowy zakończyło się prestiżową porażką lotnictwa ZSSR.

Lewoniewski był ponury, przybity, podminowany, ale opanowany. Na pytanie Stalina:, „ Co będziemy dalej czynić? Jak myślicie towarzyszy Lewoniewski?” Zygmunt odpowiedział, że jednak przelot przez Biegun na płatowcu jednosilnikowym jest niemożliwy, a co się tyczy ANT – 25, to zła maszyna, zarzucił nawet konstruktorowi szkodnictwo. Tupolew zasłabł. Dalszy ciąg posiedzenia przebiegał już spokojnie. Bajdukow oświadczył, że ANT – 25 jest jego zdaniem maszyną niezłą i po przeglądzie, analizie przyczyn niepowodzenia i szeregu innowacji można z powodzeniem próbę ponowić. Ustalono, więc że Lewoniewski z Lewczenko pojadą do USA zapoznać się z tamtejszą techniką lotniczą i ewentualnie kupić samolot wielosilnikowy, a Bajdukow zajmie się ANT – 25.

Tak, więc powstały dwie koncepcje ponownej próby przelotu przez Biegun: maszyną jednosilnikową i maszyną wielosilnikową. Samolotem ANT – 25 zainteresował się również Walery Czkałow – doskonały pilot –oblatywacz . Uczynił ukłon w stronę Lewoniewskiego ze względu jego autorstwo pomysłu przelotu przez Biegun, proponując mu dowództwo ekipy. Trzecim członkiem załogi miałby być Bajdukow. Lewoniewski odmówił konsekwentnie przygotowując koncepcję przelotu samolotem wielosilnikowym. Równocześnie, niezależnie od pobytu Lewoniewskiego w USA, testowany był w Moskwie czterosilnikowy samolot konstrukcji Bołchwitinowa, który skupił w swoim biurze konstrukcyjnym grupę młodych i utalentowanych inżynierów. Symbolem roboczym maszyny był DB ( dalnij bombardirowszczyk – bombowiec dalekiego zasięgu ).

W konstrukcji dokonano szereg nowych rozwiązań, tworząc jakościowo nowy samolot. Miał on duże rozmiary: rozpiętość skrzydeł 40 m, ich powierzchnia 230 m. kw. Pokrycie stanowiła profilowana blacha aluminiowa, a szereg rozwiązań zmniejszyła masę maszyny ( pomimo jej dużych rozmiarów), dużo uwagi poświęcono zwiększeniu zasięgu i pułapu. Silniki rozwijały moc po 850 KM każdy. Próby były wykonywane od wiosny 1935 r. a pilot oblatywacz Kastanajew stwierdzał, że samolot jest doskonały w manewrowaniu i dobrze „słucha” pilota. Konstruktorzy dążyli do tego, by maszyna mogła przelecieć 7.5 – 8 tysięcy km. z dwoma tonami ładunku. W wyniku badań i prób okazało się, że samolot może przelecieć 7 tysięcy kilometrów bez lądowania z prędkością 200 – 220 km/h na pułapie 6000 metrów. Pracowano nadal nad zwiększeniem zasięgu. Na te czasy były to parametry znakomite.

Lewoniewski dobrał załogę: drugi pilot – Mikołaj Kastanajew, nawigator – Wiktor Lewczenko, mechanicy pokładowi – Grigorij Pobieżymow i Nikołaj Godownikow, radio telegrafista pokładowy – Nikołaj Gałkowski.

21 maja 1937 r. samolot Wodopianowa a ślad za nim trzy kolejne maszyny wylądowały na „ czapie Ziemi” – Biegunie Płn. Wysadzono na lód ekspedycję pierwszej polarnej stacji ze sprzętem i wyposażeniem. Zadaniem stacji była obserwacja meteo, prognozy, łączność radiowa z samolotami i obsługa nawigacyjna.

18 czerwca 1937 r. wystartował w Moskwie ANT – 25 i przez Biegun Północny dotarł 20 czerwca do Portland w USA z Czkałowem i załogą, a Michaił Gromow na takiej samej maszynie w locie trwającym 12 do14 lipca wylądował z załogą w San Jacinto w pobliżu Los Angeles.

Start maszyny Lewoniewskiego wyznaczono na 12 sierpnia godz. 18:15 i nadano jej symbol N- 209 Start odbył się punktualnie. A lądowanie przewidziano w Fairbanks w USA. Ogłuszający ryk ciężko pracujących silników malał w miarę oddalania się maszyny aż plamka samolotu zniknęła z horyzontu a na lotnisku Szczełkowskim zapanowała cisza.

W czasie trudnego startu ( duży ciężar całkowity maszyny w związku z zapasem paliwa dla czterech silników) oraz w pierwszej fazie lotu za sterami samolotu siedział Kastanajew, znający maszynę „ od podszewki”. Lot przebiegał prawidłowo. Z pokładu N – 209 płynęły depesze: /…/ wysokość 2600 m. od trzech godzin towarzyszy nam noc, Lewoniewski i Kastanajew prowadzą samolot według przyrządów /…/ wszystko w porządku”. A już po północy, 13 sierpnia czasu moskiewskiego „ jesteśmy nad morzem Barentsa. O godz. 5:43 samolot osiągnął 6000 m a załoga działa w maskach tlenowych.” O godz. 13:40 „ /…/ osiągnęliśmy Biegun. Pułap 6000 m. temperatura – 35 stopni C /…/ Wszystko porządku”. O godz. 14:32 z pokładu N – 209 nadano, że prawy skrajny silnik przestał działać a pułap samolotu obniżył się do 4600 m., przy dużym zachmurzeniu.

Samolot zużył niecałą tonę paliwa i mógł kontynuować lot na trzech silnikach. Regularna łączność radiowa zaczęła szwankować. O godz. 15: 58 radiostacja na Przylądku Szmidta odebrała zagadkową depeszę: „ jak mnie słyszycie? RL ( symbol radiostacji). Czekajcie …. Od tego czasu wszelka łączność z załogą została przerwana a w Fairbanks tłumy ludzi bezskutecznie oczekiwały Lewoniewskiego.

Wszczęto energiczne poszukiwania na dużym obszarze Arktyki. Udział w nich wzięły samoloty radzieckie ( wszyscy koledzy Lewoniewskiego), amerykańskie, kanadyjskie a nawet australijski lotnik Wikins, który poszukiwał zaginionych lotników do końca akcji.

Wszystkich zelektryzowało tajemnicze słowo „ czekajcie”, po którym nastąpiła cisza.

Po dziewięciu miesięczne energicznej akcji poszukiwawczej rząd ZSSR postanowił przerwać poszukiwania, uznać załogę N-209 za zmarłą a rodziny lotników otoczyć opieką.

Do Warszawy przyszła wiadomość o tragedii N – 209 i śmierci Zygmunta. Był to cios nie do zniesienia dla matki – starszej, schorowanej kobiety. Paraliż dotkną ją ponownie i przykuł do łóżka do śmierci.

Ambasador ZSSR w Warszawie osobiście złożył Teofili Lewoniewskiej i całej rodzinie wyrazy współczucia i zapytał, w czym można pomóc. Oznajmił również, że decyzją jego rządu została jej przyznana renta specjalna w wysokości 900 zł polskich i będzie wypłacana raz w kwartale. „ Mama była wzruszona, renty początkowo nie chciała przyjąć” – mówiła pani Zofia. Gdy Niemcy hitlerowskie napadły na Polskę w 1939 r. sytuacja rodziny Lewoniewskich – Kornackich uległa dramatycznemu pogorszeniu. Mąż pani Zofi – kapitan Wojaka Polskiego, też lotnik brał udział w kampanii wrześniowej i słuch o nim zaginął. Nie wiedziano jeszcze, że został internowany w Rumunii.

W listopadzie 1939 r., w czasie likwidacji Ambasady ZSSR w mieszkaniu Lewoniewskich pojawił się mężczyzna z walizeczką. Według relacji pani Zofii człowiek ten zapal czy nie ma obcych ludzi w mieszkaniu? Po czym położył na stole walizeczkę, otworzył i poprosił o zamknięcie drzwi od wewnątrz. „ Sytuacja jak w filmie – relacjonowała pani Zofia – w walizeczce były pieniądze, polskie złotówki i niemieckie Reichmarki. Było tego na polską walutę 200 000 złotych. Pan ten powiedział, że jest z radzieckiej Ambasady i przyniósł jedno razową odprawę dla pani Teofili, ponieważ dalsza wypłata renty będzie niemożliwa z powodów obiektywnych. Doradzałby te pieniądze przeznaczyć na zakup nieruchomości, bo jest sytuacja wojenna i pieniądze tracą wartość. Zaproponował swoją pomoc i samochód do dyspozycji”. Z rady tej skorzystano i po kilku dniach poszukiwań zakupiono willę drewnianą w Konsancinie koło Warszawy, którą przystosowano do zamieszkiwania przez cały rok. Nazwano ją „ Zygmusin” w związku z pamięcią o tragicznie zmarłym lotniku: synem, bratem i wujkiem. Tam zamieszkała cała rodzina Zygmunta. Willa ta stoi tam do dzisiaj, przy ulicy Matejki.

x x x

W śród kolegów – lotników i ludzi związanych z lotnictwem Zygmunt uważany był z wybitnego lotnika z niezwykłymi walorami intelektualnymi i moralnymi, ogromną pracowitością i ambicją, obciążonym pechem.

Czkałow określił go „ To był wielki lotnik. Jego a nie moją ideą był przelot przez Biegun Północny. On zginął nie osiągając celu . W naszym środowisku nazywaliśmy go pechowcem i on o tym wiedział /…/ niebo poskramiają śmiali/…/ i uparci. I takim był Zygmunt”.

Bajdukow wspominał „ /…/ był człowiekiem surowym, zamkniętym w sobie wymagającym, niekiedy ostrym. Nie pił. Nie interesowały go kobiety. Stworzony był do wielkich czynów i nic /…/ nie było wstanie go z raz obranej drogi zawrócić”.

W podobnym tonie wypowiadał się o nim jego uczeń a potem serdeczny druh Anatol Lapidiewski. Były to opinie reprezentatywne dla całego środowiska lotniczego. Pozatym Zygmunta i Józefa otaczała legenda i łączyły różne niezwykłe okoliczności.

Drogi życiowe braci zbliżały się i oddalały. W 1923 r. nic o sobie nie wiedząc, obrali lotnictwo jako pasję i zawód. W 1933 r. Józef cieszył się z możliwości spotkania z bratem, do którego nie doszło. Obaj zginęli śmiercią lotnika prawie w tym samym wieku.

Rozmawiając z panią Zofią siedzimy w pokoju udekorowanym niczym muzeum lotnictwa. Oglądamy paszport Józefa nr. 308383 wiza radziecka i stempel wylotu 11 września 1933 r., spis rzeczy osobistych znalezionych przy zwłokach Józefa i spisanych cyrylicą ołówkiem kopiowym, uszkodzony zegarek na rękę i inne. Moja uwagę zwraca duży wycinek z czasopisma przedwojennego „ Świętowit”, w ramkach na ścianie. Na zdjęciu przyjaciele lotnicy: kpt. pil.Franciszek Żwirko i Józef Lewoniewski – jeszcze porucznik pilot. Przed nim stolik, na nim talia kart. Pani Zofia zwraca moją uwagę: tylko jedna z kart jest obrócona obrazkiem do góry jest nią as trefl symbolizujący śmierć. Redakcja opisała zdjęcie przyjaciół „ Twarze z zaświatów”. „ Jak omen co zaciążył na losach obydwu przyjaciół – mówi moja rozmówczyni – Żwirko zginął śmiercią lotnika w 1932 r. a brat rok później.

Cała nasza rodzina to lotnicy. Najstarszy brat Władysław służył w lotnictwie w armii carskiej, w 1914 r. w wyniku kraksy samolotu połamał żebra i został zwolniony z wojska – został w końcu farmaceutą. Mój mąż był kapitanem pilotem. Syn mój starał się do szkoły lotniczej, ale nie zgodziłam się, zniszczyłam wszystkie papiery, dość tragedii w rodzinie.

Józef miał romantyczne usposobienie – był lotnikiem zawadiaką. Gdy mieszkaliśmy w Sokółce a Józef służył w Lidzie, nie mógł sobie odmówić przyjemności podokazywania nad rodzinnym domem – beczki, korkociągi – a mama mdlała ze strach o syna”.

Z ubawienie kontynuuje pani Zofia, że gdy Józef umówił się z narzeczoną tuż przy Moście Poniatowskiego w Warszawie słowa dotrzymał przelatując swoim RWD między przęsłami mostu jak Czkałow w Leningradzie. „ Spotkała go kara – mówi pani Zofia – roztrzęsiona dziewczyna przy najbliższej okazji połamała parasolkę na jego plecach”. Pani Zofia kategorycznie nie zgadzała się z opinią o Zygmuncie pechowcu, choć opinia pechowca w niczym nie umniejsza wielkości tego lotnika jako człowieka i fachowca wzbogacając jego legendę.

Redaktor Ryszard Badowski zwrócił uwagę w sowim opracowaniu na ciekawy a nawet bulwersujący szczegół: na znaczkach z serii „Bohaterowie” wydanej w 1934 r., pod każdym portretem lotnika są umieszczone gałązki wawrzynu symbolu chwały. Tylko portret Lewoniewskiego ozdobiony jest i gałązką wawrzynu i gałązką mirtu – symbolem żałoby. Zapytany o źródło tej pomyłki projektant znaczków Zawiałow nie potrafił wyjaśnić skąd się to wzięło.

Do legendy Zygmunta Lewoniewskiego dołączyć należy ostatnie słowo depeszy „ czekajcie”. Do dzisiaj jest to zagadką, budzi domysły, hipotezy. Zagadkowa tragedia, zagadkowy brak jakiegokolwiek śladu nie pozwalają na wyjaśnienie okoliczności tragedii. Ta zagadkowość wzbudzała również w społeczeństwie rosyjskiej oprócz ogromnego zainteresowania również, jak to bywa, różne, nawet absurdalne plotki, do których nie ma potrzeby się odnosić.

Jedną z poważniejszych hipotez na temat tragedii jest taka a jej autorem jest konstruktor N – 209, że /…/ Bardzo zła pogoda zmusiła lotników do wzbicia się na skrajny pułap możliwej do osiągnięcia wysokości. To doprowadziło do sforsowania silników i uszkodzenia jednego z nich. Lecąc na trzech silnikach samolot musiał wejść w chmury i obmarznąć a przez to jeszcze bardziej zaczął tracić wysokość.

Dominuje opinia, że obciążony i gwałtownie oblodzony samolot utracił zdolności aerodynamiczne, runął, przebił pokrywę lodu i pogrążył się w otchłani Oceanu Lodowatego wraz z załogą.

x x x

Jestem autorem małej książeczki pt: „ Odważni zdobywają niebo” wydanej w 1986 r. z obszerną bibliografią, którą wykorzystałem. To opracowanie jest jakby streszczeniem zacytowanej książeczki.

Temu opracowaniu nadałem tytuł: „Kapryśna gwiazda Lewoniewskich”. Nazwa tytułu nie jest moim pomysłem. To tytuł filmu dokumentalnego ( 60 min.) zrobionego na zamówienie TVP przez Wytwórnie Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie i wyemitowany w Telewizji w listopadzie 1987 r.

Miałem przyjemność być konsultantem tego filmu.

Moim zdaniem tytuł odpowiada faktom i legendom i został prawidłowo przytoczony: Gwiazda, piękna i jasna gwiazda Lewoniewskich była bardzo, bardzo kapryśna. Ze względu na ramy, w jakich musiałem zmieścić to opracowanie podałem moim zdaniem najważniejsze znane mi fakty i wydarzenia, szereg innych musiałem pominąć. Niezależnie od tego jest jeszcze wiele zagadek nierozwiązanych do dzisiaj wiążących się z braćmi lotnikami.

W związku z tym będę wdzięczny wszystkim czytelnikom za ewentualne krytyczne uwagi lub nie opublikowane do dzisiaj informacje, które mogłyby wzbogacić temat, by nic nie przepadło w mrokach niewiedzy a pamięć przetrwała dla potomnych.

mgr Tadeusz Nowosielski